09 luty 2010

i'm the idiot to your poetry / iamx - mercy

jest chyba luty, może być kwiecień, listopad - też dobrze, chyba jest 12.20, być może 23, być może przespałam trzy godziny, choć było ich cztery razy więcej, czy wyszłam dziś - nie wiem, pewnie siedzę w zamknięciu od tygodnia, pijana lub trzeźwa - różnicy nie ma, z zajęciem lub bez jak zwykle, rozbolejąca głowa albo kompletna pustka, niechęć czytaj jak chęć, sama lub z kimś, co nie stanowi większego problemu, pamiętająca oraz rozhisteryzowana czy też lekkomyślna oraz impulsywna raczej, brązowe ściany to żółte ściany, optymizm równy pesymizmowi, zasuszone usta i oliwka do ciała ?

06 luty 2010

kyst - the summer adventure

my jesteśmy na górze, reszta jest dołem. siedzimy sobie cichutko, nucimy melodie i oglądamy się za oparem herbaty. jesteśmy, tło stanowi grajek między młoteczkiem a kowadełkiem, wystukując, poklepując oraz targając małżowinkę za uszy i dyktując swoje żądania. więc dokonuję selekcji powiem - nie powiem, ponieważ odą nie wyśpiewam całej prawdy, nie pokażę palcem serca. niestety nie jesteśmy filmem, nie wybieram odcieni kolorów otoczenia, nie podkładam muzyki, nie dyktuję scenariusza. niestety moje miasto nie ma tyle cienia oraz palety świateł, nie jadę z tobą tramwajem i niestety nie spotkamy się przypadkiem. narratorstwo wskazuje mi na ten numer, macza palce w mojej wyobraźni, wmawia mi tęsknoty. pewnie nigdy nie porozmawiamy na ten temat.
piszę bajki. takie prawdziwe. że vanish się skończył, więc panuje brud, ale zaraz wyskoczą twoje wszystkoczyszczące dłonie i będziemy już siedzieć cichutko razem w czystości. i przestanę próbować argumentować się, że samemu lepiej, że zapchajdziury mi nie trzeba. że ja mam za duże wymagania nikt nie wytrzyma nie będzie wiedział jak gdzie kiedy. niektórzy potrafią. za każdym razem robię listę spraw, które chcę opowiedzieć z uśmiechem i radością, ale często jakoś upływają. ja naprawdę nie chcę krzyczeć. myślcie sobie, myśliciele, ja naprawdę nie chcę krzyczeć.

03 luty 2010

tears fall in the kitchen sink don't speak i can hear you / cocorosie - raphael

no, potańczmy sobie razem. żeby tak spojrzeć i żeby tak ujrzeć ! wody na chodnikach na wiele metrów, coś mnie zalewa właśnie, skaczę po ulicach, mogę chodzić tylko po białym, nie bawiłeś się w to nigdy ? miał długie, brązowe włosy latające tam i ówdzie, nie zapalał żadnych papierosów, nie obserwował mnie, gnił tylko w stuletniej grzybicy tej zimy. trzymał ręce w kieszeniach, miało się wrażenie, że zaraz popękają szwy od mocnego uścisku palców. każda nitka była nastroszona mrozem. każda nitka, tkana z zamaszystym maszyn rozmachem, pamiętała wiele kropek, wiele utarć i wiele uścisków. biel jest wszędzie, brudna, wyprana, dużo na jej temat poświęcono wykrzykników, szczególnie z ust tych, którzy w tej brei brnęli do niby-celu. tańczyli w lodzie, nie widząc dna.
z reguły nie topnę.
kocham cię. fajnie się to wymawia i pisze. kocham cię, kocham się. zabawo.

02 luty 2010

you see i'm lit like a molotov / hadouken! - turn the lights out

introligatornia piętnastominutowych podróży, wspomnienie pierwsze : brudne kolaniska z dzieckiem z pręgą na policzku, ona to samo. szklisty wzrok, nie powinna pani tu siadać to niebezpieczne. niech oni się nie odwracają, błagam, to poniżająca ją scena; jakoś współczująco próbuję ułożyć brwi, bo patrzy się ? nie patrz się, nie patrz się, nie patrz się.

introligatornia piętnastominutowych podróży, wspomnienie drugie : spierdalaj, kurwa, wysiadam, wysiadasz ze mną ! klucze kurwa od domu oddawaj, z fiutem na wierzchu ją po dupie maca, torebkę chce jej ukraść, a ta mu jeszcze się kurwa nawraca. no kurwa może mu jeszcze dasz kartę do bankomatu ... nie słucham, nie słucham, nie słucham, jeszcze ten mi żubrem przed oczami macha, gdzie ja żyję.

introligatornia piętnastominutowych podróży, wspomnienie trzecie : żre chleb z podłogi. porzygam się.

psychopatologie dnia codziennego ?

24 styczeń 2010

is that what it's about? oh honey, honey, shut your mouth / final fantasy - this lamb sells condos

wszystko potrafię sobie zohydzić
więc was sobie obrzydzam

23 styczeń 2010

lazy, you lazy poet, your words are reckless, and i can't feel it / final fantasy - he poos clouds

tutaj ? sto razy wyobrażałam sobie tą scenę, ale muszę przyznać, że wówczas przemawianie wydawało mi się łatwiejsze, ponieważ w myślach zasadniczo się nie jąkam, wtedy krasomówstwo przychodzi mi tak, o, strzelając palcami.
nie, nie mam. nie mam z tym problemów, umiejętnie omijam sprawy, których się wstydzę, albo najzwyczajniej nie mam potrzeby wspominania ich. prowadzę selekcję. nie pamiętam momentów, w których wykazałam się jakąkolwiek słabością, czy popełniłam jakąś gafę, błąd. nienawidzę braku kultury, kultura jest wszędzie, wobec innych, wobec samego siebie, przedmiotów czy uczuć. ludzi lepszych ode mnie traktuję z szacunkiem, aczkolwiek nigdy nie spotkałam takiej osoby, która jawnie na wielu płaszczyznach była lepsza ode mnie; wyżsi rangą, tak, to nawet za często.
no, ja lubię wspominać złe momenty, ale tylko te wybrane, i robię tak, aby stały się przyjemniejsze. w ogóle mam wielki dar usprawiedliwiania siebie i wszystkiego, co robię, ponieważ każdemu mojemu ruchowi przypisuję cel. myślę, że to ważne, bo przed samą sobą mam klarowny dowód, że nie robię niczego na darmo. byłam kiedyś postacią jeszcze tragiczniejszą od siebie, ale odkąd usłyszałam od kogoś mi znajomego, że za bardzo kocha siebie, by zrobić sobie krzywdę, te słowa mnie bardzo poruszyły, zapadły w pamięć. podpisuję się pod tym zdaniem na każdy możliwy sposób. z reguły nie lubię tych napadów, kiedy mam ochotę zniknąć z powierzchni ziemi, kiedy sobie przypominam różne tam minione sprawy, albo słowa które powiedziałam, albo zwyczajnie patrzę w lustro. nie lubię, bo jakoś przełomowo i nawet szybko nauczyłam się trwale szacunku do siebie. lubię przebywać w swoim towarzystwie, mimo tysiąca wniosków, kończących się zawsze tym samym argumentem, że sama dla siebie jestem największym ciężarem i tworzę sobie barierę nie do pokonania.
wierzę w ludzi. proszę mnie źle nie zrozumieć, mam skłonności, o, wielkie skłonności do idealizacji, to mnie wiele razy zwiodło, zwłaszcza pod wpływem upływającego czasu czy własnych wymagań. kocham moich bliskich, ale to oni zawsze doprowadzają mnie do obłędu i agresji. chyba nie znają mnie dobrze... albo bardzo bym tego nie chciała. boże, kocham ich wszystkich, mówię to z ręką na sercu, mimo że nigdy nie dostaję w zamian stuprocentowej uwagi. znienawidziłam proponowanie. nie wiem, czy to tylko takie wrażenie, ale to chyba ja zawsze kogoś zapraszam i nie dostaję zwrotu. tak mi runęła jedna przyjaźń przecież.
to jest zabawna sprawa, moje przyjaźnie, o ile mają prawo być te związki tak nazywane - bo to jest ta kwestia, której dotąd nie rozwiązałam i chyba nigdy nie złożę definicji-ideału, on się już tyle razy zmieniał - albo po prostu zatarł czas i zwyczajnie uległy rozwiązaniu, polubownie, ot tak, albo ja je zawsze ostatecznie doprowadzałam do końca. jestem bardzo skłonna do poświęceń, ale, cholera, nie lubię za długo się męczyć.
kiedyś uważałam, że mój osąd pierwszego wrażenia jest ostateczny, niezmienny i jak najbardziej trafny. ale to się zmieniło niestety, nie mam pojęcia skąd ten krytycyzm, nie wiem, skąd się wziął. bo na przykład ironię kiedyś ktoś we mnie zaszczepił, ale i w tym uczeń przerósł mistrza, haha. albo tą niechęć do mówienia wszystkiego, boże, ja kocham swoją prywatność, z drugiej strony ja się zwyczajnie wstydzę mówić głośno o pewnych sprawach, do niektórych w życiu się nie przyznam, pewnie już o nich zapomniałam. znałam kogoś od szóstego roku życia i, powiedzmy, osiem lat nawet mi nie pozwoliło na ustalenie takich zwyczajnych, podstawowych tajemnic. to jest dopiero zagadka dla mnie.
co ? już ? no dobrze, to do przyszłego tygodnia.

19 styczeń 2010

maybe music isn't dead, maybe we all just forgot what it fucking sounded like, they forgot, they forgot / alexisonfire - get fighted

było ich dwóch. stali, podpierając się o balustradę, uśmiechając się gorzko w twarze, które się weń wpatrywały; dystans deklasował ciekawskich oglądających. trwało to trochę, to ich stanie, a cel czekania próbowało wielu odczytać z ironicznych słów, które padały zewsząd pod adresem przypadkowych. po jakimś czasie jeden poszedł na browara i tyle go wszyscy widzieli; drugi został, choć obrał z tonu postawę cichszą niż dotychczas, postanawiając nie rzucać się w oczy byle komu. stał i stał, po czym zapuścił mocne korzenie, wiatr zełzawił mu powieki, a zeschnięte liście wplątały się we włosy; przykrył go śnieg, a ludzie, deptając zamarznięte, rozsznurowane obuwie, na głos wyrażali swoje zwątpienie w dzisiejszą młodzież.

pierwsze wrażenie zawsze szlag trafił, a drugie mocno się mnie czepia. zawsze tak jest, zawsze.